Wiadomości z rynku

Autor: ZM
Zdjęcia:
Tygodnik Truck.pl, 2021(5)
z dnia 08.10.2021

Starym Jelczem objechali ćwierć globu

Z dziennika wyprawy śladami himalaistów

Ekspedycja opuszcza Turcję – chyba nie będzie mogła już liczyć na imama na pobudkę

Fot. Maciej Pietrowicz

 
Trzyosobowa ekipa z Polski przejechała ponad 30-letnim Jelczem około 10 tysięcy kilometrów. Zamierzali dojechać w Himalaje, aby upamiętnić złotą erę polskiego himalaizmu. W 24 dniu wyprawy zapadła decyzja o powrocie, ponieważ po dotarciu do Iranu okazało się, że wjazd do Pakistanu i Indii jest niemożliwy. Wszystko przez zaostrzający się konflikt o Kaszmir oraz wojnę w Afganistanie. O ciekawych przygodach na trasie piszemy na podstawie Dziennika wyprawy, prowadzonego przez Macieja Pietrowicza, głównego jej organizatora.
Przypomnijmy. Wyruszyli z Jeleniej Góry w sobotę 21 sierpnia, z zamiarem dotarcia do Nepalu, tak samo, jak w 1979 r. grupa wspinaczy przemierzyła – też Jelczem – drogę do Pokhary w tym górzystym kraju. W kabinie odrestaurowanego Jelcza pozyskanego z wojska zasiadł Maciej Pietrowicz, syn polskiego alpinisty, który brał udział w himalajskiej ekspedycji w 1979 roku, Ryszard Włoszczowski, który wziął udział w pierwszej ekspedycji oraz kierowca i mechanik Arkadiusz Peryga, który przywrócił zabytkowego Jelcza do kondycji pozwalającej na taką eskapadę. W wyprawie jako wsparcie wziął również udział Dariusz Majewski.
Głównym celem projektu było odtworzenie wyprawy do podnóża Wielkich Himalajów przy użyciu podobnego samochodu marki Jelcz, jakiego używano do transportu wspinaczy i ich wyposażenia. Pozyskany z wojska ponad 30-letni, dwuosiowy staruszek, technicznie jest niemal taki sam, jak Jelcze, które brały udział w wyprawach w ubiegłym wieku. Pojazd został w pełni odrestaurowany.
Drogę do Nepalu wyznaczyli przez Słowację, Węgry, Rumunię, Bułgarię, Turcję, Iran, Pakistan oraz Indie. Podróżnicy zatrzymywali się w każdym kraju po drodze, aby promować projekt oraz organizować wydarzenia edukacyjne.
W poprzedniej relacji pt. „Jelcz coraz bliżej Himalajów” opisaliśmy przygody podróżników, którzy z kłopotami dotarli 4 września do przydrożnego hotelu pod Araratem w Turcji, z rozstrojem żołądka. Link do artykułu - TUTAJ
Co czekało podróżników w dalszej części trasy? Z cytowanego poniżej Dziennika wyprawy wynika, że lekko nie było i przygód i niespodzianek nie brakowało (śródtytuły zmodyfikowane przez redakcję).

 

Na granicy turecko-irańskiej

Fot. Maciej Pietrowicz

 

5 IX – dzień 16 – Granica turecko-Irańska

Szybka pobudka i o 8 rano jesteśmy na granicy tureckiej (oczywiście przejście dla osobówek praktycznie zamknięte dla turystów). Pierwszy stop spowodowany zmianą obsady celników tureckich – 1,5 godziny w plecy i zaczyna się cyrk Monty Python’a. Kolejna godzina to tylko poznawanie rozległego przejścia na piechotę. Wsiadamy w auto, słychać gwizd. Stop – otwieramy pakę za pierwszą bramą turecką. Celnicy pozbywają się problemu wysyłając nas dalej do swoich kolegów. Druga brama przejścia osobowego zaś bez obsady. Nikogo nie ma – granica zamknięta. Podchodzimy do bramy z Iranem. Tam policjant każe nam dać wizy i paszporty. Dziwne, ale okazuje się, że turecka strona uzależnia rozpoczęcie odprawy od akceptacji naszych wiz przez stronę irańską. Jest zielone światło! Po tureckiej stronie zajmuje to jednak kolejne 6 godzin. Przekraczamy bramę o godz. 20:00 czasu irańskiego. Ponowna kontrola paszportowa, sprawdzenie wiz i znów nasz już ulubiony karnet ATA. Dzięki pomocy irańskich przyjaciół odprawę skracamy o połowę , czyli do 3 godzin. Zbliża się noc. Wyjeżdżamy w trasę. O północy zatrzymujemy się na parkingu dla tirów. Ten cały w plamach po płynach, smarach i wypełniony gratami samochodowymi, ale wcale nam nie przeszkadza perspektywa możliwości przespania się w takim klimacie. Jutro musimy być na noc w Teheranie, a to prawie 900 km. To będzie trudny czas dla Jelonka i jego kierowcy Arka.

 

Im dalej na wschód, tym więcej egzotyki

Fot. Maciej Pietrowicz

 

6 IX – dzień 17 – Jelonek z eskortą

Wszystkie czarne scenariusze odnośnie dnia dzisiejszego spełniły się w 100%. Jazda non stop od rana do 23:00. Pierwsze 120 km do Tebriz dziura na dziurze i rozklekotane ciężarówki zwalniające cały ruch. Od Tebriz wpadamy na autostradę. Koleiny na 1/3 koła i zrolowany przez ciężarówki asfalt dalej maltretują nas i jelonka. Jedyny plus to trzy pasy, które pozwalają na sprawniejszą jazdę podczas wyprzedzania maruderów (którzy nie znają kierunkowskazów). W połowie drogi Arek łapie trochę snu. Na szczęście im bliżej Teheranu, tym jakość nawierzchni trochę się poprawia. Ostatnie 100 km to już jedna rzeka pojazdów i świateł. Na szczęście dostajemy pinezkę, gdzie czeka na nas eskorta z Ambasady RP. Już jesteśmy w ogródku, witamy się z gąską, a okazuje się, że mimo późnej nocy miasto jest tak zakorkowane, że czeka nas jeszcze dobre 40 min jazdy. Dochodzi północ, 830 km za nami i w końcu gościnna Ambasada, przed którą porzucamy Jelonka. Wreszcie kończymy ten koszmarny dzień, ale z sukcesem, bo zdążyliśmy na jutrzejsze wydarzenie. Ciekawe co nas czeka?

 

Jelonek już w Iranie

Fot. Maciej Pietrowicz

 

 

Czas na odpoczynek

Fot. Maciej Pietrowicz

 

7 IX – dzień 18 – Wystawa w rezydencji Ambasady RP w Teheranie

Rezydencja jest wspaniała. Sztalugi pod wystawę już gotowe. Pierwsi zainteresowani zbierają się już na długo przed wydarzeniem. Na liście gości m.in. przedstawiciele Iran Mountaineering and Sport Climbing Federation, wybitni irańscy sportowcy, przedstawiciel Ministerstwa Sportu, wielu dziennikarzy, fotoreporterów i członków korpusu dyplomatycznego. Liczba i zainteresowanie osób ponad nasze najśmielsze oczekiwania. Oficjalne otwarcie wystawy przez Radcę Ministra i lawina poszła!!! Za Ryśkiem miejscowa karawana, każdy chce usłyszeć historię z 1979 roku o skromnej jeleniogórskiej wyprawie. Oficjalna wystawa zamieniła się w żywą dyskusję i wymianę polsko-irańskich doświadczeń. Sesja zdjęciowa przy Jelonku kończy ten piękny event. Po oficjalnym spotkaniu - robocza rozmowa z konsulem RP na temat dalszych etapów podróży – niepokojące wieści z Pakistanu: samobójca zamachowiec na trasie naszej podróży wysadził ciężarówkę… nasz Ambasador odradza ten kierunek!

 

Podczas wystawy w Ambasadzie RP w Teheranie

Fot. Maciej Pietrowicz

 

8 IX – dzień 19 – Polski cmentarz w Teheranie – chwila refleksji

W takim mieście jak Teheran nie tylko górskie historie wymagają przypomnienia. Dziś wspólnie z delegacją Ambasady RP: Ambasadorem, Radcą Ministrem oraz Konsulem udaliśmy się na polski cmentarz wojenny złożyć hołd naszym rodakom. Na cmentarzu w Dulab są pochowani polscy uchodźcy z ZSRR, żołnierze gen. Władysława Andersa, a także ponad 43 tysiące towarzyszących im cywilów, w tym 20 tysięcy dzieci. Cztery i pół tysiąca tych dzieci nosiło już mundury – to junacy i junaczki, nazywani wówczas przez prasę w USA najmłodszymi żołnierzami świata.
Oddajemy się jednodniowej refleksji odwiedzając także inne miejsca w Teheranie i poznając historię tego kraju. Po powrocie do Ambasady analizujemy kolejne niepokojące informacje napływające z Bliskiego Wschodu. W związku z trwającymi rozmowami o losach naszej ekspedycji jest zaplanowany szereg spotkań. W dziale konsularnym spotykamy się m.in. z przedstawicielem Mountaineering and Sport Climbing Federation, który ma poczynić starania o wydłużenie naszego pobytu w Iranie (w ramach nieplanowanych trudności na trasie). O 13:30 czasu polskiego mamy też video konferencję z naszym sponsorem tytularnych – rozmowa jest transmitowana live na dużym ekranie w trakcie największych targów zbrojeniowych w Europie. Ponadto do Ambasady nadal przyjeżdżają lokalne media i „instagramerzy”, chcący się z nami choć na chwilę zobaczyć oraz wsiąść do kabiny Jelonka. To będzie decydujący dla wyprawy dzień, dlatego te ważne decyzje jeszcze przed świtem jedziemy przemyśleć w góry!

 

Na polskim cmentarzu wojennym w Teheranie

Fot. Maciej Pietrowicz

 

9 IX – dzień 20 – Decyzja pod szczytem Demawendu

Przeprowadzono rozmowy w Wydziale Konsularnym Ambasady RP w Teheranie z członkami miejscowej federacji górskiej. Dodatkowo liczne oficjalne i nieoficjalne kontakty Konsula RP z jego odpowiednikiem z Indii w Teheranie oraz Konsulami w Mumbaju oraz w Nowym Delhi. Wszystko uświadamia nas, jak trudny może być wjazd do Indii. Utrudniony jest kontakt ze stroną hinduską. Nawet prośby naszych dyplomatów pozostają bez odpowiedzi. Wszystko przez zaostrzający się konflikt o Kaszmir.
Ponadto, zostajemy uświadomieni, iż sytuacja geopolityczna w regionie jest dla nas niekorzystna. Trwająca wojna w Afganistanie wpływa na poziom bezpieczeństwa przejazdu przez Pakistan oraz prowincję Sistan Beludżystan w Iranie – rejon, przez który do IRI przedostają się uchodźcy, a irańska policja nie jest gwarantem bezpieczeństwa. Ambasador oraz Konsul RP w Teheranie stanowczo odradzają nam przejazd w stronę pakistańskiej granicy. Ewentualna interwencja konsularna może być utrudniona albo wręcz niemożliwa. Warunki w miejscowych więzieniach znacznie odbiegają od „Himalaya lodge” w Jelonku, a wyjście z więzienia może zająć co najmniej kilka miesięcy i może się to okazać najlżejszą konsekwencją…
Analizujemy wspólnie te wszystkie informacje patrząc na przepiękny i najwyższy szczyt w Iranie – Demawend. Nie, nie zawracamy! Postanawiamy kierować się 2000 km na południe do portu Bandar-e Abbas łapać „na stopa” statek dla naszego Jelonka do wschodniego Pakistanu, a może i nawet do Indii. Nasz irański partner znów wkracza, by nam pomóc i już znalazł nawet połączenie przez Dubai! Zatem postanowione. Jutro wyruszamy, a przed nami kilkaset kilometrów w tumanach kurzu i w pustynnym upale przepięknego dla serca i oka Iranu…

 

U podnóża Demawendu – tam, gdzie docierają osiołki, zapuszczał się też Jelonek

Fot. Maciej Pietrowicz

 

 

Chętnych do fotografowania się z uczestnikami ekspedycji nie brakowało

Fot. Maciej Pietrowicz

 

10 IX – dzień 21 – Pustynia!

Pierwsza szkoła tankowania w Iranie. Żeby cokolwiek zatankować trzeba mieć specjalny karnet, którego oczywiście nie mamy. Po godzinnej gimnastyce rąk, ust, całego ciała dogadujemy się z irańskim kierowcą ciężarówki (oczywiście mówiącym tylko w farsi), który użycza swojej karty (oczywiście za niewielką odpłatnością). Udaje się, wyjeżdżamy z pełnymi zbiornikami. Teraz rozumiemy, przed czym nas ostrzegano w Teheranie. Każdy kilometr na południe to o kilka stopni goręcej. Termometr w kabinie ze skalą 50 st C już dawno się zamknął. Wiatraki na full, szyby w dół, a z nas i tak się leje pot.
W drodze na południe zatrzymujemy się w Kaszan, gdzie przejmuje nas polecony przez Ambasadora tubylec. Trafiamy na wyschnięte słone jezioro, gdzie robimy klimatyczną sesję zdjęciową o zachodzie słońca. Po zmroku dostajemy zaproszenie w góry do miejscowej rodziny, która gości nas lokalnymi przysmakami i oferuje nocleg w ich domu. Spędzamy naprawdę fajne chwile. Mimo że nikt nie mówi po angielsku, to i tak wszyscy szczerze się śmieją i cieszą. Piękna wymiana doświadczeń między naszymi krajami.

 

Przydałaby się klima…

Fot. Maciej Pietrowicz

 

 

Miejscowa rodzina gości uczestników wyprawy

Fot. Maciej Pietrowicz

 

11 IX – dzień 22 – Świątynia

Śniadanie u rodziny Saida w jego przenośnym salonie (dywanie), który tym razem rozłożył w malowniczej scenerii na podwórzu jego domostwa. Żegnamy gościnny i urokliwy Barzog i zjeżdżamy z gór. Dostajemy informację, że DD TVN chce zrobić z nami przekaz na żywo. Znajdujemy bajeczną scenerię w „blue meczecie” koło Kaszan. W całym Iranie „lockdown C-19” w pełni, a w związku z tym brak wiernych. Dostajemy więc zgodę na zwiedzenie tego całego bogato ozdobionego miejsca. Szef meczetu obdarowuje nas kilkoma souvenirami i z życzliwością odprowadza do bramy, w której stoi nasz zaparkowany Jelonek. Jedziemy dalej na południe w stronę portu. Po drodze zatrzymuje nas patrol policji nie wiadomo jakiej (jest tu ich kilkanaście). Ku naszemu zdziwieniu pan i władca autostrady czeka, aż grzecznie przyjdziemy pod jego baldachim. Ratuje nas irańska gazeta z artykułem o naszym evencie w ambasadzie w Teheranie. Machnięcie ręką i droga wolna. W międzyczasie dostajemy coraz to nowsze informacje o braku informacji, co do załadunku pojazdu na statek.

 

W drodze na południe, w stronę portu

Fot. Maciej Pietrowicz

 

12 IX – dzień 23 – Isfahan, czyli w niepewności

Dzień w Isfahan. Od rana oczekujemy na informację z portu. Spedytorzy nie tylko usilnie szukają dla nas możliwości wysłania Jelonka do Pakistanu lub Indii, ale także możliwości pozostawienia pojazdu w porcie. Jak się okazało, władze irańskie nie chcą nas wypuścić z Iranu drogą powietrzną, jeśli pozostawimy tu naszego Jelonka. Z drugiej strony nie mamy potwierdzenia przedłużenia naszych wiz irańskich, których ważność mija za 4 dni… Praktycznie cały dzień spędzamy w niepewności, bez możliwości jakiekolwiek ruchu, ani do przodu, ani do tyłu. Isfahan na pewno jest pięknym i historycznym miastem, ale w tej sytuacji nie jesteśmy w stanie zachwycać się jego zabytkami. Cały czas żyjemy z godziny na godzinę oczekując na informację: będzie statek? Nie będzie? Przedłużą nam wizy? Nie przedłużą? Cały dzień upływa w jednej wielkiej niepewności, a dalszy ciąg ekspedycji rysuje się w czarnych barwach. Idziemy spać pełni najgorszych myśli co do naszej przyszłości.

 

W Iranie niekiedy nasz Jelcz mógł uchodzić za dość nowoczesny pojazd…

Fot. Maciej Pietrowicz

 

13 IX – dzień 24 – Zaczyna się pechowo

Wracamy do kraju. Zbieg wielu okoliczności: czas, miejsce, ważność wizy, odległe terminy najbliższego statku na wschód powodują, że musimy zawrócić w kierunku Turcji. Niestety, po wielu próbach rozmów irańska administracja nie pozwala na pozostawienie pojazdu w Iranie. Kto bowiem wjechał Jelonkiem, to Jelonkiem musi wyjechać – irańskie władze pozostają pod tym względem nieugięte. Droga powietrzna także stała się więc dla nas problemem. Przed nami 800 km w skwarze po dziurawych wyboistych drogach na zachód. Tam spotkamy się jeszcze u naszego tureckiego partnera, który sprawdza także możliwość pozostawienia pojazdu w porcie w Stambule – być może Turcja będzie bardziej przychylna, aby wysłać Jelonka statkiem na wschód.
Iran się jednak dla nas nie zamyka. Zarówno Ambasador RP w Teheranie jak i Ministerstwo Sportu IRI są zainteresowani współpracą na najbliższy rok i już dziś zapraszają nas ponownie do tego kraju. Wydarzenia, jakie realizujemy w trakcie wyprawy, szczególnie w Iranie zyskały ogromne zainteresowanie. Przypomnieliśmy bowiem światu o dokonaniach Polaków w historii himalaizmu światowego.

 

Jak sobie pościelesz…

Fot. Maciej Pietrowicz

 

14 IX – dzień 25 – Strefa „Zero”

Pobudka, herbata i dalej w drogę. Granica już blisko i przydałoby się zatankować, więc na pewniaka zajeżdżamy na kolejną stację paliw. Stosujemy patent na „nie mamy karty” i… spotyka nas niemałe rozczarowanie. Nie chcą sprzedać! Nawet za komercyjną cenę (3 EUR za 100 litrów ropy). Z pomocą nieoczekiwanie zjawia się gostek na skuterku „follow me”. Po 5 km zajeżdżamy na przydrożną zdezelowaną bazę transportową. Co nas najbardziej interesuje to rzędy zardzewiałych beczek z ropą. Z gracją i wdziękiem 10-letnie łebki tankują 300 litrów ropy. Kilka uścisków, wymian, gestów, tradycyjne selfie i ruszamy na granicę.
 

W przydrożnej zdezelowanej bazie transportowej rząd zardzewiałych beczek z ropą

Fot. Maciej Pietrowicz

Tam niespodzianka za niespodzianką. Totalny chaos, urzędnik za urzędnikiem, kontrola za kontrolą, a na koniec okazuje się, że… nie wolno nam wywieźć ropy, którą dopiero co z takim trudem zdobyliśmy. Rozwiązaniem jest cło i akcyza, która nadwyrężyłaby poważnie niejeden budżet, gdyby nie kolejny raz wsparcie naszego irańskiego przyjaciela. Naiwnie wierząc, że to koniec naszych problemów, utykamy na kolejne godziny przed samą bramą wyjazdową. Tuż przed nocą udaje się uzyskać nasze dokumenty przewozowe – bez podpisów! Oficjalnie dla Irańczyków nic na Jelonku nie wjechało, więc nic nie wyjeżdża (ciekawe co na to powiedzą Turcy i Krajowa Izba Gospodarcza). Z pustymi papierami policja irańska po kontroli paszportów i zabraniu (unieważnieniu) naszych wiz wypycha nas na stronę turecką – a tu SURPRISE! „Iran PCR covid test please”, których oczywiście nie mamy…
 

„Kilka uścisków, tradycyjne selfie i ruszamy na granicę”

Fot. Maciej Pietrowicz

Sytuacja patowa – nie mamy wiz irańskich i nie możemy już wjechać do Iranu, aby zrobić te testy oraz nie mamy testów i nie możemy wjechać do Turcji. Irańska policja zamyka przejście, turecka nawet nie próbowała go dla nas otworzyć. Telefon się urywa, uruchamiamy wszystkie kontakty, ale opcje są trudne i dla naszego konsulatu i dla naszych irańskich i tureckich partnerów. Jedno jest pewne – dziś śpimy w strefie „zero”. Wyjmujemy szpej i rozbijamy biwak przy Jelczu. Rano zobaczymy co z tego wyniknie.

 

Przejawów zainteresowania i wręcz sympatii nie brakowało

Fot. Maciej Pietrowicz

 

15 IX – dzień 26 – Z celnikiem na WhatsApp-ie

Poranek w strefie zero. Brama z lewej, brama z prawej, a my razem na lajciku serwujemy biwakowe śniadanie. Wokół nas irańska policja graniczna. Jesteśmy w takiej sytuacji, że bierzemy ich na przeczekanie. W końcu to MY jesteśmy dla nich problemem i w rezultacie taka sytuacja przynosi wiele szalonych pomysłów. Finalnym efektem tej irańsko-tureckiej burzy mózgu jest fakt, że jesteśmy w Turcji! Jak nam się to udało? Autor najbliższej prawdy odpowiedzi na to pytanie, pozostawionej w komentarzu na naszych social, zgarnie od nas wyprawowy T-shirt oraz pocztówkę z naszą dedykacją. Podpowiedź: obudzenie irańskiego Ministra Zdrowia oraz wysłanie do „strefy zero” lekarza z testami PCR było nietrafionym pomysłem.
 

W wyprawowym „kamperze” spartańskie warunki

Fot. Maciej Pietrowicz

Po otwarciu tureckiej bramy carnet ATA zajmuje kolejne kilka godzin. Biwak nr 2, gulasz węgierski, fasolka po bretońsku, herbata, wszystko smakuje tu wyśmienicie. Od naszego obozu do urzędu celnego jest dobre 500 m. Po czwartym kursie między stojącymi na odprawie tirami, wymieniamy się z celnikiem numerami na WhatsApp. Po 17:00 telefon, z potoku niezrozumiałych słów wyłapane zostaje „HERE”. Nareszcie są papiery z pieczątkami. Co ciekawe śladu w nich nie ma o Iranie. Nie wnikając, dokumenty pod pachę i do auta. Cień w cień podąża jednak za nami kolejny celnik – chce zobaczyć towar. Otwieramy standardową skrzynię z 42-letnim alternatorem. Ten jednak losuje pozycję nr 76 z długiej na dwie strony listy: strzemię resora. Te znajdujemy z kolei głęboko pod drugą podłogą. Celnicy są na szczęście wpatrzeni w Ryśka, tego z 1979 roku i tego na żywo, oglądają wystawę fotografii i ostatecznie puszczają nas do kolejnej bramy wyjazdowej. Tam już z górki, jeden z celników łamanym polskim: „moja dziewczyna z Polski”. Nie pozostaje nic innego jak szukać miejsca do spania. To były ciężkie dwa dni.

 

W wyprawowym „kamperze” spartańskie warunki

Fot. Maciej Pietrowicz

 

 

Gulasz węgierski, fasolka po bretońsku, herbata, wszystko smakuje tu wyśmienicie

Fot. Maciej Pietrowicz

 

16 IX – dzień 27 – Wjeżdżamy na Rysy (prawie)

Śpimy do oporu, poranne pranie i trochę porządków przeciąga się do południa. Pełni sił ruszamy w drogę przez Turcję. Obieramy drogę przez góry i pięknymi przełęczami podążamy w stronę Morza Czarnego. Jelonek nie bez problemu wzbija się na wysokość 2409 m n.p.m., ale wspina się dzielnie. W pewnym momencie czujemy swąd palonych hamulców (nie naszych!). Na nocleg zatrzymujemy się w Bayburt, na jednej z ulubionych przez nas stacji benzynowych. Tuż przed nocą zjawa się tajemniczy tubylec. Jak się okazuje, lokalny kierowca. Dla odmiany dziś to my częstujemy herbatą. Wpatruje się on jeszcze w podarowaną pocztówkę z Jelczem i odchodzi w siną dal. Rysiek odkrywa nowe miejsce do spania: „Himalaya Lodge Basement”, bo jak lunęło, to szybko wczołgał się w nocy pod samochód. Przy okazji dokonał inspekcji tylnego mostu – sucho, bez wycieków! Nocleg zapowiadał się więc bez kłopotu – do czasu, gdy o 4 rano jękliwie zawyły minarety budząc nie tylko nas na modlitwę. Trochę już przyzwyczajeni puszczamy to mimo uszu.

 

W Turcji chyba nie maja ITD…

Fot. Maciej Pietrowicz

 

 

Jelonek wspina się na wysokość 2409 m n.p.m.

Fot. Maciej Pietrowicz

 

17 IX – dzień 28 – Wzdłuż wybrzeża

Przez górskie przełęcze i serpentyny chcemy dotrzeć do wybrzeża. Jakie to są jednak piękne serpentyny. Trawersami pną się w górę nieliczne, arcytrudne (jak się domyślamy) w budowie domy, na wierzchołkach zaś liczne meczety, z których znów słychać znane nam już pojękiwania o modlitwę. Mijamy miejscowość Karacukur (nie mylić z Karakorum), a tam już tylko z górki. Pogoda nas tu nie rozpieszcza. Jest tak chłodno, że nasz chytry plan porzucenia długich spodni jak tylko opuścimy Iran szybko się kończy. Przeprosiliśmy się także z bluzami. Docieramy nad Morze Czarne. Tu odcinkiem wzdłuż wybrzeża podążamy już tylko na zachód, oglądając z kabiny Jelonka słońce chowające się za horyzontem wzmożonych dość mocno fal. W akompaniamencie szumu Morza Czarnego rozbijamy kolejny biwak na plaży. Herbatka, tuńczyk, mortadela, świeży chlebek z masełkiem to już chyba pełnia szczęścia.

 

W Turcji: Jelonek wyprzedza współczesny ciągnik z niewspółcześnie załadowaną naczepą

Fot. Maciej Pietrowicz

 

 

„W akompaniamencie szumu Morza Czarnego rozbijamy kolejny biwak na plaży”

Fot. Maciej Pietrowicz

 

18 IX – dzień 29 – Ku Zachodowi

Noc prawie idealna. Tę fantastyczną morską scenerię urozmaicali wzmożeni jak nigdy lokalsi. Miejscówka do spania super, tylko oni ze swoją gościnnością, zafrapowani Jelonkiem, nie dawali nam chwili spokoju, częstując herbatą z herbatnikami, a nawet zapraszając do swoich domów. My zaś po 400 km hurgotu Jelonka w kabinie chcielibyśmy chwilę spokoju i odpoczynku. Wzięliśmy ich na sposób i pod pretekstem „maybe tomorrow” zgasiliśmy latarki i poszliśmy spać! Są to jednak twardzi zawodnicy, którzy wracali pod Jelonka nawet po ciemku, gdy my już smacznie spaliśmy.
Śniadanie zaś w nieprawdopodobnej scenerii i przy szumie fal, które całą noc nam towarzyszyły. Tym razem nikt z nas nie pamiętał nocnych nawoływań do modlitw albo nadmorskie siły natury zagłuszyły te pojękiwania. Ruszamy w drogę! Kierunek zachód. W przeciwieństwie do wcześniejszej nadmorskiej promenady dzisiejszy odcinek trasy przebiega bez emocji i ekscytacji. Po irańskich przeżyciach trudno w nas już wzbudzić silniejsze emocje, nawet gdy obserwujemy na swój sposób jakże okazałe tureckie krajobrazy.

19 IX – dzień 30 – W drodze do Gebze

Poranek na stacji benzynowej w drodze do Gebze dość hałaśliwy. Najpierw koguty dały nam w kość, bo jak się okazało Jelonek zaparkował tuż obok tureckiego kurnika. Niedługo potem, bo o 6 rano kelnerzy kończąc nockę przepalali swoje nie młodsze od Jelonka auta osobowe, budząc do życia cały parking. Ruszamy w drogę. Po pierwszych 100 km uświadamiamy sobie, że powinno już nam brakować w zbiornikach tego „wyeksportowanego” z Iranu oleju napędowego. Jelonek jednak bez trudu przekracza 100 km/h jadąc na luzie z górki! Czuć jakby dryfował, wrzucenie teraz piątego biegu mogłoby się objawić sporym przekroczeniem wszelkich możliwych norm jakościowych przebywania w kabinie. Po kilku kilometrach odnajdujemy stację, na której możemy się dogadać po rosyjsku z kierowcą tureckim. Pracownik stacji obdarowuje nas ścierką dla Jelonka i kilkoma butelkami wody – jesteśmy nadal pod wrażeniem gościnności, jaka spotyka nas podczas każdego postoju.
Dojeżdżamy do Gebze. Jutro mamy zaplanowaną wystawę himalajską w tureckim oddziale firmy Adient. Mamy w planie hucznie przypomnieć nasz narodowy dorobek motoryzacyjny – Jelcz jako Jeżdżący Pomnik Złotej Ery Polskiego Himalaizmu, a także opowiedzieć o dokonaniach Polaków w historii himalaizmu światowego, nie zapominając o zapleczu organizacyjnym Polaków. Jelonka wraz z całą galerią fotografii postawimy przed samym wejściem do zakładu, gdzie będą mogli to zobaczyć pracownicy firmy w trakcie dwóch zmian produkcyjnych.

 

Bliskie spotkanie z tubylcem w Turcji

Fot. Maciej Pietrowicz

 

20 IX – dzień 31 – Wystawa Himalaizmu w oddziale Adient W Gebze

Dziś mamy przyjemność zawitać do tureckiego oddziału Adient w Gebze. Jelonek z pełną gracją i po dłuższym odpoczynku wjeżdża na teren zakładu. Wita nas kadra zarządzająca zakładem produkcyjnym, pomagając nam wystawić galerię fotografii wokół pojazdu. Przez kilka godzin gościmy wielu pracowników firmy z wielu działów. Dział utrzymania ruchu jest nad wyraz zainteresowany zarówno Jelonkiem jak również himalajską historią polskich wypraw.
Wszechstronnie ugoszczeni „wiktem i opierunkiem” opuszczamy firmę. Wieczór zapowiada się wybornie. Tym razem z naszym irańskim partnerem projektu udajemy się na pożegnalną kolację – Stambul by night. W jej trakcie pojawia się realna możliwość wysłania Jelonka drogą morską do Pakistanu w nieokreślonej jeszcze przyszłości. Mamy też możliwość spróbowania miejscowych specjałów: jagnięcina, baranina, szaszłyk, kebab i Rakij (wym. Rake), a wszystko to z pięknym widokiem na morze Marmara.

 

Kurzu na trasie nie brakowało

Fot. Maciej Pietrowicz

 

 

W oddziale Adient w Gebze (Turecja)

Fot. Maciej Pietrowicz

 

21 IX – dzień 32 – Granica z Bułgarią

Ostatnie tankowanie w Gebze i jedziemy na granicę. Tam o dziwo wszystko przebiegło ekspresowo (tylko 4 godziny). Strona turecka przemieliła nas jednak wyjątkowo od okienka do okienka. Wszystko w poszukiwaniu tajemniczego Mr. Memmeth, do którego każdy z celników nas kierował. Trafiamy na oddział dezynfekcji, gdzie młody Turek kieruje dalej nasz karnet ATA w odpowiednie ręce. Po uiszczeniu bakszyszu w trybie ekspresowym dostajemy podbite dokumenty. Teraz już tylko strona bułgarska. Granica oblegana przez celników z psami, trzepiących niemal wszystkie samochody osobowe w obie strony. Z bagażników wylewa się rzeka przemycanego alkoholu (głównie do Turcji). Kolej na nas, celnik jednak nie chce otwierać naszej nie małej paki, bo widząc odstraszający już karnet ATA kieruje nas na cło (i tak odkryliśmy największy i jedyny atut tego papieru). Tam jeszcze bardziej zdegustowana celniczka podbija wszystko w ciemno! I tak straciliśmy możliwość przemytu czegokolwiek w dowolnej ilości. Nawet nie zauważyli naszej trawy – rozchodnika na Burubahajce. Przez cztery granice, osiem kontroli, nikt nie zauważył tej wspaniałej plantacji. Ot wdzięk osobisty Jelonka! Żebyśmy my o tym wiedzieli od początku…
Przed wpuszczeniem do Bułgarii jeszcze obowiązkowa dezynfekcja podwozia i kół Jelonka za nie bagatela 1,5 EUR. Kolejne kilometry w bułgarskich krajobrazach już w otoczeniu nocy. Trafiamy na nocleg na znane nam już wcześniej miejsce dla tirów – Gurkowo.

 

Po uiszczeniu bakszyszu Jelonek mógł opuścić Turcję w trybie ekspresowym

Fot. Maciej Pietrowicz

 

22 IX – dzień 33 – W drodze do Rumunii

Mimo że jesteśmy już w Europie, to w naszej pamięci wciąż przeważają obrazki z Bliskiego Wschodu. Jelonek wciąż na dobrej fali i bardzo sprawnie przemierza bułgarskie drogi. Dojeżdżamy do granicy z Rumunią. Łatwo przekraczamy Dunaj. Jedyne co stwierdził celnik, to że widział nas w telewizji, bez zbędnych więc pytań przepuścił nas dalej. Rumunia – to w tym kraju, jak się ma później okazać, postanowimy wystawić Jelonka na ostateczną i bardzo trudną próbę wydajnościową. Za cel obieramy sobie bowiem pokonanie najwyższej w Rumunii przełęczy tzw. Transylwański Highway. Zafascynowani obrazkami z internetu z przepięknymi serpentynami nad ogromnymi przepaściami, nie bierzemy jednak pod uwagę, że już jest późny wrzesień i może być krajobraz nieco odmienny… Na nocleg zatrzymujemy się przy drodze leśnej, parę metrów od drzew. Podczas kolacji zatrzymuje się jeszcze koło nas służba leśna, która stanowczo odradza spanie na zewnątrz pojazdu, co, jak się ma rano okazać, było najcenniejszą wskazówką tej wyprawy!

 

Granica bułgarsko-rumuńska – ekipa łatwo przekracza Dunaj; „Celnik widział nas w telewizji, bez zbędnych więc pytań przepuścił nas dalej”

Fot. Maciej Pietrowicz

 

 

Rumunia jeszcze nie dokończyła etapu mechanizacji

Fot. Maciej Pietrowicz

 

23 IX – dzień 34 – Oko w oko z niedźwiadkami

Przepiękne tereny w jakie wjechaliśmy dziś Jelonkiem nie pozwalają długo spać. Czuć przyjemny chłód, a to znak, że na przełęczy może padać śnieg. Arka o dziwo nie słychać jeszcze na zewnątrz. Zazwyczaj wstaje wcześnie i wychodzi z kabiny na poranny obchód. No nic – trzeba wyjść z „Himalaya Lodge” ku porannym rytuałom. Piękny chłodny poranek. Wychodzę zza Jelcza chcąc wylać z siebie nieco płynów, a tu nagle tuż na wprost stojąca niedźwiedzica wraz z dwójka małych! Arek w najlepsze nagrywa ten moment zdziwienia misiów z zamkniętej szczelnie kabiny, a ja pierwszy raz wbiegam do „Himalaya Lodge” bez dotykania. Na szczęście misie nie spodziewały się, że na pewniaka przyjdzie ich ktoś przywitać i zdecydowały także dać dyla. Niezapomniane przeżycie!
Dziś już porannego gotowania nie było. Zwijamy nasz obóz i kierujemy się na przełęcz. Przed startem podjeżdża do nas jeszcze rowerzysta (odważny jest), który mówi, że boi się niedźwiedzi. Może jest to jakiś sposób na życiówkę… Kilka kilometrów wyżej wjeżdżamy do innego świata. Widoków to my raczej nie uświadczymy. Za oknem mleko, śnieg i mróz. Drogi oblodzone. Szczęście w nieszczęściu mijamy piaskarkę, ale zdajemy sobie sprawę, że nie ma już odwrotu. Na tej przełęczy nie da się zawrócić, zwłaszcza Jelonkiem. Pokonujemy kolejne metry w górę, a krajobraz zmienia się adekwatnie. Na szczycie już kompletna zima, a czeka nas jeszcze tunel, z którego przez wszystkie technologiczne otwory Jelonka wlatuje mroźne powietrze. Szyba przednia zamarza w parę minut, a po wyjeździe z tunelu na drugą stronę wcale się nie rozpogadza. Teraz każdy km w dół na drugim biegu powoduje niepewność, która znika dopiero gdy widzimy pierwsze zielonkawe korony drzew. Tak oto Jelonek zdał na piątkę z plusem najtrudniejszy test na tej wyprawie!
Droga przez Rumunię nie przestaje dalej zaskakiwać. Przypadkiem spotykamy kilkanaście sportowych samochodów z Polski, a mina znajomego witającego nas na środku szosy kompletnie nas zadziwia. Krótka wymiana doświadczeń oraz wspólne zdjęcia dopełniają tę niezwykłą chwilę.
Granica z Węgrami to już rutyna. Jeden celnik jeszcze retorycznie wskazuje nam kolejkę dla tirów (gdzie końca nie widać), ale zostajemy na tym pasie mówiąc grzecznie, że to nie camion, lecz wyprawa himalajska. Jeszcze tylko kontrola towaru. Nie przestaje nas zadziwiać, że celnik zaglądając do „Himalaya Lodge” nie orientuje się, że jest jeszcze druga podłoga… Nie wnikając, przepuszcza nas dalej i szukamy najbliższego parkingu już po węgierskiej stronie. To był bardzo emocjonujący dzień!

 

A tu nagle tuż na wprost stojąca niedźwiedzica wraz z dwójka małych!

Fot. Maciej Pietrowicz

 

 

Jelonek pokonał najwyższą w Rumunii przełęcz tzw. Transylwański Highway w warunkach zimowych

Fot. Maciej Pietrowicz

 

 

Jelonek bywał wręcz oblegany

Fot. Maciej Pietrowicz

 

24 IX – dzień 35 – Wjeżdżamy do Polski

Długie i zadbane autostrady to praktycznie wszystko co możemy powiedzieć o tym krótkim odcinku naszej podróży na Węgrzech. Podczas postoju na śniadanie spotykamy jeszcze kilku polskich kierowców, z którymi Arek wymienia się doświadczeniem zdobytym za kierownicą Jelonka. Szybko udaje nam się dojechać na Słowację. Tam zaś wspomnienia o Bliskim Wschodzie zostają wyparte robotami drogowymi, ruchem na wahadło i dziurami w szosie. Cel na dziś to granica z Polską – ta sama, którą przekraczaliśmy 35 dni temu, czyli Barwinek! Jeszcze tylko chwila i jesteśmy w kraju. Mieszają się uczucia spełnienia, przygody, wcale nie rozczarowania, a raczej mix tych zrealizowanych celów. Na drodze wyprzedzają nas kierowcy, aby za chwilę się zatrzymać i zrobić zdjęcia Jelonka w ruchu. Niemal na każdym parkingu, stacjach benzynowych nowi rozmówcy. Każdy jest ciekawy tej podróży, Jelonka, historii, którą udało się opowiedzieć. Pod Krakowem udaje się zatrzymać na bazie jednej z firm, która użycza nam miejsca na odpoczynek. Tak, jutro w 36 dzień wyprawy planujemy powrót do naszych domów…

 

Nie zdziwilibyśmy się, gdyby kierowca w 36 dniu podróży myślał: „daleko jeszcze?”

Fot. Maciej Pietrowicz

 

25 IX – dzień 36 – Meta z Mają Włoszczowską

Poranek w Krakowie i teraz to już prosta do domu, no prawie, bo nie mogliśmy nie spotkać się z Krzyśkiem z RMF-u. Tak jak w tamtą stronę nas pożegnał, przeprowadzając krótki reportaż, tak i teraz, wracając spotkaliśmy się na krótką pogawędkę. Nie obeszło się bez uścisku dłoni, szczerego uśmiechu i kilku nowych obserwatorów, których Jelonek w chwilę przyciągnął jak magnez. Podróż do domu „autostradą”, którą jedzie się wolniej niż na Bliskim Wschodzie, a to ze względu na „umilające” czas roboty drogowe. Ah jak tęskno za pięciopasmowymi irańskimi drogami bez zasad.
Wjazd do Jeleniej Góry okazał się czasowo idealny. Nawet dla dobrego logistyka arcytrudnym do zaplanowania byłoby spotkanie na drodze z Mają Włoszczowską, która na rowerze kierowała się do Parku Paulinum. Jakże miły to obrazek, jak dumny tata Rysiek, wita się ze swoją córką w dzień zakończenia jej kariery. Podążając za Mają i jej jednośladem wjeżdżamy niezapowiedzianie w samo centrum eventu, wprowadzając otoczenie w niemałe zaskoczenie. Przywitani przez Prezydenta Miasta Jeleniej Góry Jerzego Łużniaka oficjalnie ogłaszamy nasz powrót z wyprawy robiąc sobie przy tym kilka pamiątkowych zdjęć.

 

Wjazd do Jeleniej Góry i… Jelcz podąża za Mają Włoszczowską i jej jednośladem

Fot. Maciej Pietrowicz

 

 

Jelonek już może odpocząć; zrobił 10 tys. km bez mrugnięcia reflektorem

Fot. Maciej Pietrowicz

 

***
Tuż po powrocie pytamy Macieja Pietrowicza o pierwsze wrażenia i o to, w jakiej kondycji uczestnicy wyprawy dotarli do domu.
– Czujemy się dobrze, ale po 36 dniach we trzech w jednej kabinie…odpoczywamy od siebie – mówi nam Pan Maciek. – Mamy dużo spraw do nadrobienia, formalności do załatwienia. Jelcz też jest w dobrej kondycji, spisał się bardzo dobrze. Jedyną awarią na trasie było uszkodzenie linki prędkościomierza na wertepach w Iranie. Naprawiliśmy ją. Poza tym uzupełnianie oleju i to wszystko.
Co dalej?
– Nie dotarliśmy do Nepalu, Pakistan nas przyblokował, ale, jak to mówił Rysiek, głową muru nie przebijesz. Może trzeba by pomyśleć o dotarciu kiedyś drogą morską… Nie traktujemy tego jako porażki – dodaje nasz rozmówca. – To był plan pisany na gorąco. Osiągnęliśmy główny cel: głośno było o nas i o wyczynach naszych himalaistów, w Turcji, w Iranie… Otworzyliśmy nowe możliwości współpracy na przyszłość. Mamy kontakty, m.in. z władzami Iranu. Mogą się przydać, mamy plany na przyszłość, ale na razie nie chcę o nich mówić. Czujemy spełnienie. Pokonaliśmy Jelonkiem około 10 tysięcy kilometrów, czyli w przybliżeniu tyle, ile zakładał plan związany z dotarciem do Nepalu, bo powrót miał być drogą morską.
Pytamy Pana Maćka, co najbardziej zaskoczyło go podczas wyprawy?
– W krajach europejskich mogliśmy podróżować mniej więcej według planu, ale już w Turcji czy Iranie cały plan można było wyrzucić do kosza – przyznaje. – Najwięcej problemów mieliśmy przy przekraczaniu granic. Jelcz i cel wyprawy robiły wrażenie na celnikach, ale formalności okazywały się zaporowe. Być może poszłoby łatwiej, gdybyśmy nie byli tacy akuratni, choćby zgłaszając, co wieziemy. Najbardziej oczywiście zaskoczyło nas przedwczesne wycofanie się Amerykanów z Afganistanu i skutki, czyli ten region stał się niebezpieczny. Pechowo zbiegło się to w czasie z naszą wyprawą. Niemniej mamy nowe doświadczenia, taka podróż na Wschód mogłaby być teraz dużo sprawniejsza.
Najpopularniejsze tagi